kiedy sny stają się rzeczywistością
opowiadania związane z magoryą pojawiały się w różnych numerach Wieży Snów, poniżej jedno z nich
Marzenie Szina Dwanaście
autor: Tomasz Kucza
tekst z czwartego numeru Wieży Snów
24 lipiec 2004
Kaszlnął, wypluwając z ust gorzki pył. Wyszarpnął zanurzone po łokcie w piachu ręce i usiadł na rozgrzanej nawierzchni. Obejrzał się. Biały mur otaczający Stalowe Miasto został daleko w tyle. Szin uciekał już od dwóch godzin i piętnastu minut, czuł ból w klatce piersiowej, a rozpalona skóra piekła nieznośnie. Upadał średnio co dziesięć minut.
Wstał chwiejnie i wspiął się na najbliższą wydmę.
Pustynia wydawała się ciągnąć bez końca, daleko po lewej migotało coś, co mogło być oazą, ale równie dobrze mirażem. Zerknął przez ramię na połyskujące miasto. Słońce igrało na metalowych powierzchniach, wznoszone budynki połyskiwały jak diamenty. Robotnicy z daleka przypominali mrówki na ciele stalowego giganta.
Zmrużył oczy, czując narastającą wściekłość. Nienawidził Deusa, nienawidził ludzi, którzy wyrwali go z błogiej egzystencji w Światach Wewnętrznych i zabrali tutaj. Do miejsca, gdzie ból rozrywał mięśnie, a uczucia rozsadzały czaszkę. Ryknął nieludzko i rzucił się na piach. Pamiętał miły chłód Krainy Dziesięć, gdzie przemykał uliczkami, wykonując polecenia, bezustannie świadom obecności Hermesa. Teraz wszystko odeszło. Hermes, ojciec – jak czasem myślał o superkomputerze – zniknął. Pozostała spiekota i nieustanna praca pod uważnym wzrokiem ludzi.
Spojrzał na dłonie pokryte liniami zniszczeń. Niegdyś jednym ruchem potrafił wytworzyćprzedmiot idealny, zgodny ze specyfikacją, lśniący
i piękny. Teraz z trudem kreował obskurne płyty, z których wznoszono budowle Stalowego Miasta.
„Zyskaliście nowe ciała i nowe możliwości” – mówił promiennie Deus otoczony zaufanymi współpracownikami. „Dzięki Magorii nie jesteście ograniczeni do wirtualnej egzystencji, możecie żyć prawdziwym życiem w jednym z prawdziwych światów.”
Nie wspomniał o cierpieniu, ramionach drżących ze zmęczenia i bezsennych nocach, kiedy strach o przegrzane obwody nie pozwalał zmrużyć oczu. Złapał się za skroń. Chciał wykrzyczeć całą złość, zniszczyć coś, rozbić. Kiedyś nie miał takich myśli. Był inny. Zapragnął, by czasy spokojnej egzystencji wróciły.
Nie wiedząc, gdzie się udać, trwał nieruchomo na szczycie wydmy. Samotna postać na złotym pustkowiu. Czas mijał nieubłaganie, ale Szin zobojętniał i z zaciśniętą szczęką znosił cierpienia.
Warkot silnika początkowo nie docierał do steranego umysłu, dopiero po chwili szare powieki uniosły się. Łazik zatrzymał się u stóp wydmy. Dwóch ludzi wyskoczyło na piach i pobiegło w jego stronę. Chciał się poruszyć, ale ścięgna zesztywniały i tylko patrzył z ukosa na przybyłych. Rozpoznał młodszego – Gregorij był nadzorcą w trzecim kwartale. Teraz drapał się w zamyśleniu w brodę, po kolana w piasku.
– Szin Dwanaście – odczytał starszy.
– Jeden z pierwszych. – Zaciekawiona twarz Gregorija zbliżyła się do oczu Szina.
– Nie potrafią się przystosować. Pierwsze z Szinów nie były pomyślane do istnienia w Zewnętrznych Krainach, ale Magorya sama przystosowała wirtualne ciała, aby mogły istnieć także w rzeczywistych światach. Niesamowita rzecz.
Szin poczuł jak ręka mężczyzny uderza o plastik napierśnika, ale nie mógł nic zrobić. Znieruchomiały i upokorzony zapragnął umrzeć.
– Co z nim zrobimy? – Gregorij postukał w pancerz i zerknął przez porysowaną obudowę do wnętrza. – Boże, ma nawet serce i żyły. Ciekawe jak coś takiego może w ogóle istnieć?
– Przestałem się dziwić czemukolwiek wieki temu – mruknął starszy. – Zabierzemy nędznika do naprawy. Ostatecznie może pójdzie do kasacji, jest już mocno zużyty.
Chociaż niedawno pragnął śmierci, Szin przeraził się słysząc, że grozi mu zniszczenie. Próbował rzucić się do ucieczki, nawet zgiął kolano, ale stawy zaskrzypiały od nagromadzonego pyłu i nagle upadł twarzą do piachu. Wdzierający się do oczu piasek szczypał, bolał stłuczony policzek i wyłamane kolano.
– Słyszałeś? Chyba się odezwał, jęczy czy coś.
Nagle usłyszał pieśń, kojącą ból, przecudną. Rozpoznał miękki głos – należał do Magoryi, najdroższej matki. Zanurzył się w ciemność wypełnioną roztańczonymi iskierkami.
– Cholera, coś mu pękło w głowie. – Szept z oddali, nieważny, cichnący. – Jezus, Gregorij, szlag go całkiem trafił, popatrz, nawet coś wycieka.
Ciemność pochłonęła Szina Dwanaście. Nie czuł lęku, tylko przepełniającą piersi radość. Nareszcie opuszczał znienawidzony świat cierpienia i strachu. Światła gromadziły się wokół. Do pieśni dołączyły liczne głosy, a wśród nich spokojny baryton Hermesa. Szin roześmiał się i podążył za światłami, które wykwitły w mroku i utworzyły ścieżkę prosto do nowego miejsca.
Uniósł powieki.





